Podwójna zależność. Kiedy szef załatwia ci mieszkanie.

Tak jak większość pracowników zagranicznych przyjechałam do pracy w Oslo z zapewnionym zakwaterowaniem. Dostałam pokój w kamienicy, która należała do mojego pracodawcy. Początkowo mieszkałam razem z kolegami z pracy, potem byłam przerzucana z jednego mieszkania do drugiego, nie mając żadnego wpływu na to, kiedy mam się przeprowadzić. Udało mi się jednak dostać umowę, a dzięki niej – stały numer. Był środek maja, umowa kończyła się pierwszego czerwca. W budynku trwał generalny remont, większość lokatorów już się wyprowadziła. Brygadzista obiecywał, że załatwi pokój, ale czas mijał, a w temacie pokoju nic się nie ruszało. Żeby wyjaśnić sytuację, zapytałam bezpośrednio właściciela firmy, czy coś mi wynajmie. Odpowiedział, że nie i poradził, żebym poszukała sobie chłopaka z mieszkaniem, bo to będzie dla mnie najlepsza opcja.

Na szczęście miałam już stały numer personalny, mówię po angielsku, i zostały dwa tygodnie, żeby znaleźć nowe mieszkanie, niezależnie od pracodawcy. Nie było łatwo ale udało się. Jednak nie wszyscy migranci zarobkowi są w takiej sytuacji – często od początku do końca pobytu w Norwegii tkwią w podwójnej zależności od szefa, z której ciężko się wyrwać. Jak to może wyglądać?

Na początku jest ok. Od pierwszego dnia w Norwegii masz gdzie mieszkać i zarabiasz. W Skacie załatwiasz sprawy bezproblemowo – umowa o pracę i adres wystarczają, żeby dostać D-numer. W pokoju głównie śpisz, więc akceptujesz siermiężne warunki, zresztą wcale nie muszą takie być – możesz trafić na duży, czysty pokój w przystępnej cenie.

Ale może się zdarzyć inaczej. Twoi współlokatorzy co wieczór piją i robią burdy, w mieszkaniu syf, po kuchni biegają karaluchy, jeden kibel na 10 osób. Ciężko odpocząć, trudno się wyspać, ogólnie morale leci na pysk. Kiedy sugerujesz przełożonemu, że sytuacja jest nieciekawa, po raz pierwszy słyszysz, że jak się nie podoba, to się możesz wyprowadzić. Problem z robakami? Radź sobie sam. Wilgoć, grzyb, nie działa pralka, lodówka i kuchenka? Twoje zmartwienie.

Po jakimś czasie przyzwyczajasz się, że jest jak jest. Egzystujesz, nie bardzo masz czas zastanawiać się nad zmianami, w sumie przyjechałeś na chwilę – trzy miesiące, pół roku, rok? Czas szybko mija, dzieli się na pracę i krótkie wyloty do kraju. Da się przeżyć.

Podczas jednego z pobytów w Polsce dzwoni brygadzista. Zaczyna się sezon budowlany i twój pokój jest potrzebny dla kilku innych chłopaków, więc musisz się z dnia na dzień wyprowadzić. Twój fart, że dostajesz miejsce w innym mieszkaniu. Trochę czujesz się nieswojo, płacisz teraz tyle samo za dwa razy mniejszy pokój w gorszych warunkach, ale już wiesz, że nie ma co pytać, bo odpowiedź znasz. Więc choć ewidentnie ci się nie podoba, milczysz.

Twoja tymczasowość przeciągnęła się na tyle, że zauważasz niedogodności związane D-numerem. Zachorowałeś i nie mogłeś iść do lekarza? Miałeś problemy z założeniem konta w banku? Przydałby się stały numer personalny ale niestety, bez pisemnej umowy najmu, nie ma na to szansy. Kiedy wspominasz, że chciałbyś dostać kontrakt, spotykasz się z niechęcią przełożonego i zaczynasz być problemem.

Jeśli mieszkasz na łasce szefa, twoje prawa pracownicze to fikcja. Nie dostałeś feriepenger? Spróbuj się o nie upomnieć. Albo o nadgodziny, albo o ciuchy robocze. Próba zawalczenia o swoje to najczęściej natychmiastowe zakończenie „współpracy” i powrót do kraju. Bo jak znaleźć nową pracę, kiedy z dnia na dzień lądujesz na bruku? To, co na początku pozwalało na szybki start, może być przyczyną równie szybkiego finiszu.

Justyna Marciniak